środa, 30 grudnia 2015

Odbić się z dna - rok 2015

Wielkimi krokami zbliża się zakończenie 2015 roku. To czas kiedy można wziąć się za podsumowania, przemyślenia i ocenę co zrobiliśmy dobrze, a co mogliśmy zrobić lepiej. Jaki był ten rok dla mnie? Z pewnością... dużo się działo.

Pierwszy start na serio i życiówka podczas 14. Cracovia Maraton! - 3:53:23. Dziwny bieg od startu do mety, strasznie bolały mnie nogi, mimo bólu zaparłem się w sobie i powiedziałem "nie bądź frajerem biegnij dalej!".

 

Moim głównym celem było ukończenie majowego Ultramaratonu Podkarpackiego na dystansie 115 km. Niestety cel nie został osiągnięty (kontuzja wykluczyła mnie z biegu). Potem było ze mną tylko gorzej.

Z treningu na trening nogi robiły się cięższe, bolał achilles, bolało kolano, bolały ręce, po prostu wszystko było nie tak. Pomimo braku chęci wychodziłem na treningi z nadzieją, że ten trening przyniesie mi nutkę optymizmu. Niestety nic takiego nie miało miejsca.

Pewnie długo tkwiłbym w tej bezsilności, bezcelowego trenowania gdyby nie jedno przełomowe wydarzenie. Dostałem pracę i trzeba było zrobić odpowiednie badania. Zrobiłem badania a w nich wyszedł cały problem - anemia! Szybko zgłosiłem się do lekarza po magiczne różowe tabletki a do tego zacząłem kisić i pić sok z buraka, który towarzyszy mi do dnia dzisiejszego.

Jaki jest efekt?


Samoistnie wszystko wróciło do normy. Płuca mocne, nogi mocne i życiówki same się robiły!
Kulminacyjnym momentem i pojawieniem się w głowie, że "mogę" był IV Charytatywny Bieg TESCO. Bieg odbywał się na dystansie 10 km po pofałdowanej trasie, a ja osiągnąłem zadowalający mnie wynik 48:27.

Forma z dnia na dzień rosła. Dowodem mogą być moje biegi parkrun, gdzie z biegu na bieg biegało się bajecznie, w końcu mój wynik na 5 km stanął na 19:26! O takim rezultacie nawet nie marzyłem w tym roku!


Warto także odnotować dwa inne moje starty, a mianowicie 2. PZU Półmaraton Królewski i Tarnowska Dyszka. Po tym pierwszym pomimo rekordu życiowego czuje pewien niedosyt, bo wiem, że w tym momencie gdybym założył buty i poszedł zrobić półmaraton wynik zostałby poprawiony. Tarnowska Dyszka - 10 km - wynik 40:09 dla niektórych wynik jak marzenie, w sumie dla mnie też! Chociaż jest pewien niedosyt, kurcze... 10 sekund zabrakło do złamania magicznej granicy. Cóż... co się odwlecze to nie uciecze. Czego nie zrobiłem dzisiaj zrobię jutro!


Pomijając moje osiągnięcia; bardzo cieszę się, że mogłem przyczynić się także do osiągnięć innych osób. Pomaganie innym, wspieranie i udzielanie wskazówek sprawia, że biegnie nabiera jeszcze większej ilości barw!


Jakie mam cele na 2016 rok?
  • Życiówka na Królewskim Dystansie;
  • Życiówka w Półmaratonie;
  • Życiówka na 10 km;
  • Życiówka na 5 km.
O jakie konkretne wyniki będą walczył to zachowam dla siebie. Proszę trzymajcie tylko za mnie kciuki i życzcie powodzenia!

środa, 25 listopada 2015

Tarnowska Dyszka - z rozpędu po rekordy

Ostatnimi czasy dobre duszki sprzyjają mojemu bieganiu. Kontuzje omijają, pogoda sprzyja, a forma z biegu na bieg coraz lepsza. Nie mogłem tego nie wykorzystać dlatego postanowiłem wystartować w Tarnowskiej Dyszcze.

Najgorszą rzeczą tego dnia była godzina startu. Musiałem wstać około 4 nad ranem i na pół śpiąco ruszyć spokojnie na pociąg. Po 2 godzinach jazdy dotarłem na miejsce.


Na miejscu czekało na mnie biuro zawodów, w którym biegacze byli obsługiwani szybko i sprawnie. Pakiet startowy dosyć standardowy: koszulka, parę gram ulotek, bony na pączki i piwo.

I Ty Możesz Być Wielki - ITMBW Kraków
Teraz może o samym biegu. Wiedziałem po co wybrałem się na ten bieg; miałem cel, pewność siebie i przekonanie o tym, że mogę góry przenosić. Ze względu na sprzyjające ukształtowanie terenu tuż po wystrzale startera postanowiłem ruszyć mocnym tempem. Wtedy mój zegarek wskazywał grubo poniżej 4:00/km. Tak to był mój dzień. Cały bieg trzymałem równe tempo a na finiszu odpaliłem resztkę sił. Udało się wyprzedzić parę osób i na metę zameldowałem się z fajnym czasem 40:09! I tak to znowu wpadły mi dwa nieoficjalne rekordy życiowe: na 5 km - 19:48 i na 10 km - 40:09.

Finiszowe metry

Regeneracja
Do końca nie wiem jak to wszystko się udaje. Bieg za biegiem i życiówka. Jak ktoś powiedział "pewnie jesteś na ukraińskim koksie".

środa, 11 listopada 2015

8. Kielecki Bieg Niepodległości - Chwała bohaterom!

W całej Polsce rozgrywane są biegi niepodległościowe. Ostatnim rzutem na taśmę załapałem się na jeden z nich i postanowiłem aktywnie spędzić niedzielę w Kielcach. Co z tego wyszło? O tym poniżej.

Długo zastanawiałem się nad napisaniem relacji z tego biegu. Niektórych może nudzić czytanie o kolejnych moich życiówkach, udanych biegach i idealnym rozłożeniu tempa. Tylko chyba oto właśnie chodzi w bieganiu; dawać z siebie wszystko i gnać z wygiętym uśmiechem do mety.

O 8. Kieleckich Biegu Niepodległości dowiedziałem się od Eweliny dawno po wyczerpaniu wolnych miejsc. Jednakże organizator zwolnił parę pakietów i nerwowo czekałem aż zapisy zostaną ponownie uruchomione. Po kilkuminutowym czatowaniu przed komputerem udało się trafić na otwarcie listy. Parę kliknięć i gotowe!


Jak każdy bieg miał swoje dobre i złe strony. Wspomnę tylko o tych dobrych.

Tuż przed startem został odśpiewany Mazurek Dąbrowskiego i właśnie to dodało mi siły na cały wyścig. Mój cel był prosty. Poprawić swój rekord życiowy na dyszkę i wrócić do domu z uśmiechem na twarzy. Innego scenariusza nie dopuszczałem do myśli.


Godzina 11:11. START! Pierwsze 2 km z górki i pod górkę po kostce brukowej. Potem trochę lepiej. Biegnę, biegnę, a tu wichura wiejąca prosto w twarz. Forma jest to tempo trzymam dalej. Do 5 km więcej górek niż płaskiego. Potem wielki zbieg gdzie moje tempo wzrosło momentami do 3:40/km! Biegnę dalej... I PECH! Rozwiązała mi się sznurówka. Schyliłem się i szybko zawiązałem. Ponowne ruszenie z miejsca wymagało cierpienia. Ostatnie 2 km idą jak po maśle. Mijałem wszystkich jak chciałem. Meta coraz bliżej i... JEST! Wpadłem na metę z czasem 42:17! PB!


Może napisane to wszystko chaotycznie i bez składu, ale mam w sobie jeszcze trochę emocji z tego biegu. Wiem, że popełniłem parę drobnych błędów co za skutkowało wynikiem powyżej 42 minut, zamiast poniżej. No cóż... odegram się 22 listopada w Tarnowie.

Zawody miały swój klimat i na pewno powrócę za rok!

niedziela, 1 listopada 2015

2 PZU Półmaraton Królewski - pokonać granicę

Z dnia na dzień moja forma rosła. Wszystkie znaki na niebie pokazywały, że jestem mocny i rekord podczas 2 PZU Półmaratonu Królewskiego jest formalnością. Zamierzałem tego dokonać, udowodnić sobie i innym, że mądrym treningiem, a także odpowiednim podejściem w krótkim odstępie czasu można zdziałać wiele.

Przystępując do tego biegu przygotowywałem się zarówno fizycznie jak i mentalnie. Ostatnie dni, ostatnie godziny i minuty przed biegiem miałem zaplanowane tak aby z upływem czasu nakręcać się na zawody, a tym samym wytwarzać w swoim organizmie co osobiście nazywam sztuczną adrenaliną. W godzinę startu poziom mojej adrenaliny osiągnął maksymalny poziom i wraz z wystrzałem startego  pobiegłem żwawym krokiem do mety.

Początkowo mijałem wielu nieogarniętych ludzi, którzy ustawili się nie w tych strefach startowych co powinni. Bieganie slalomem, przepychanki powodują tylko niepotrzebne nerwy i utratę sił. Na szczęście tego dnia miałem to gdzieś, nogi same niosły mnie i byłem tylko nastawiony na mój główny cel, a mianowicie czas w granicach 1:35 - 1:36.

Zacząłem wolniejszym tempem niż miało wynosić moje średnie tempo całego półmaratonu. Po 2 km wrzuciłem odpowiednią przerzutkę i już stałą prędkością podążałem do mety. Wszystko przebiegało jak należy. Mały kryzys na 11 km przełamałem żelem, którego wciągnąłem raz - dwa i krótkim przyspieszeniem (nie wiem dlaczego ale na kryzysy dobre jest szybsze tempo) :D Na 15 km siły dodał mi doping moich klubowiczów z I Ty Możesz Być Wielki - ITMBW Kraków. Wtedy byłem pewny, plamy nie można dać tylko trzymać i trzymać tempo aż do mety!



Na końcówce krótki podbieg, krótki zbieg na którym siły odchodziły już w asfalt potem krótki zakręt i kolejny zakręt na metę, która znajdowała się w hali TAURON Arena Kraków.

I... udało się! Ukończyłem półmaraton z nowym rekordem życiowym! 1:35:57!




Swoją przygodę z Półmaratonem Królewskim nie zakończyłem na swoim przebiegnięciu przez metę. Tuż po wydostaniu się ze strefy mety pobiegłem żwawym krokiem przed halę aby dopingować znajomych i dodawać siły na ostatnich metrach. Mam nadzieję, że komuś to pomogło! Gratuluję wszystkim rekordów!

Na za kończenie muszę pochwalić organizację biegu. Była naprawdę świetna pomimo małych niegrających szczegółów. Z pewnością mogę polecić ten bieg wszystkim fanom biegania!

środa, 14 października 2015

Czy człowiek potrzebuje pochwał?

Wielu naszych znajomych startuje w biegach ulicznych. Często gratulujemy im uzyskanego wyniku albo po prostu dotarcia do mety. Czy aby na pewno zawsze należą się gratulacje? Jaki wpływ ma nadmierne mydlenie oczu?

Na początku wspomnę o tym co skłoniło mnie do napisania tego posta. Niedawno odbyły się dwa bardzo popularne polskie maratony, tj. Maraton Warszawski i Poznań Maraton. Wielu blogerów, znajomych startowało w tych imprezach i chwaliło się na forum publicznym ukończeniem maratonu. Pod tymi postami było wiele słów podziwu, gratulacji i mydlenia oczu. Komentarze typu "jesteś wielka! dałaś radę! podziwiam!; były na porządku dziennym.



Czy aby na pewno było czego gratulować? Przeglądając międzyczasy można było raczej dostrzec jak nie powinno się biegać. Na początku zapewne euforia, tłum niesie i adrenalina robi swoje. Ktoś wskakuje na tempo, którego na pewno nie wytrzyma. 5 km czuje się świetnie. Przyspiesza. 10 km - jest okej. 15 km - oddech zwiększony. Połówka - zwalnia. 25 km - coraz gorzej. 30 km - tzw. ściana a raczej w tym przypadku Mur Chiński. 35 km - gwiazdy przed oczami. 42 km - wchodzenie na metę.

Czy tak powinien wyglądać maraton?



Podobna sytuacja jaką przytoczyłem powyżej spotkała także mnie. Przebiegłem, a raczej ukończyłem maraton (metodą marszo-biegową). Ludzie gratulowali ukończenia, mówili, że zrobiłem coś "łał", jednakże patrząc na aspekt sportowy dałem po prostu ciała. Po prostu wstydzę się tego. Zdaję sobie sprawę, że nie ma co okłamywać siebie i innych. Należy być szczerym i konstruktywnym w tym co się mówi. Żadnego rodzaju pochwała nie należała się!

Nikt nigdy nie wmówi mi, że bieganie drugiej połowy maratonu o wiele, wiele wolniej jest czymś co należy chwalić bądź podziwiać.

Czy takie niezasłużone pochwały mogą kogoś zmotywować do cięższej pracy i poprawy swoich wyników? Czy raczej konstruktywna opinia jest cenniejsza?

Osobiście wybieram opcję drugą.

środa, 16 września 2015

Solidny powrót

Niektóre powroty są ciężkie, niektóre mniej. IV Bieg Charytatywny Fundacji Tesco Dzieciom był imprezą, która pozwoliła mi uwierzyć w siebie, uwierzyć w to, że mogę i nabrać przekonania o uzyskaniu życiówki w jesiennym półmaratonie.

Już nieraz pisałem o tym, że mój stan zdrowia ostatnio nie rozpieszczał mnie. Męczyłem się wszystkim; wchodzeniem po schodach, bieganiem w bardzo wolnym tempie; także nie opuszczało mnie ciągłe poczucie senności, ale soczek z buraka postawił mnie na nogi.

Sobota. Ciepły dzień. Temperatura w okolicach 25 st. Ładne słoneczko. Bieg na 10 km.. Godzina 11:00 i START!

Ruszyłem za tłumem kontrolując tempo. Moja taktyka od samego początku była dosyć prosta. Skoro mam złamać 50 minut, a w drugiej części dystansu jest stromy podbieg to na każdym kilometrze będę skubał parę sekund szybciej. I tak też było. Pierwsze 5 km biegłem spokojnie tempo każdego kilometra oscylowało w granicach 4:58-4:48. 6 km był najcięższy. Solidny podbieg wykończył niejednego biegacza. Ja dzięki mojemu "geniuszowi" taktycznemu i odpowiedniemu rozkładowi sił najcięższy kilometr zrobiłem w przyzwoitym tempie - ciut powyżej 5 minut. Przyjemne uczucie mijania wszystkich na podbiegu - bezcenne. Skoro było pod górkę to musi być i z górki! Puściłem luźno nogi, złapałem drugi oddech. Na wypłaszczeniu dokręciłem śrubę. Ostatnie 3 km poprułem do mety. Efekt końcowy? Czas 48:27! Jeden z nielicznych biegów,  który przebiegał tak jak sobie zaplanowałem. Oby takich więcej!

Człowiek padnięty a zadowolony
Na tym biegu poczułem luz w nogach, ten luz pozwala patrzeć optymistycznie na treningi i na wynik jesiennym półmaratonie. Mam nadzieję, że zrealizuję ostatni cel na ten rok i udam się na zasłużony odpoczynek.

Biegam aby...
PS. Bieg zorganizowany perfekcyjnie. Niska opłata, bogaty pakiet startowy, pełno smakołyków na mecie. Gratulacje dla organizatorów. Kto nie był, niech żałuje! :-)

niedziela, 6 września 2015

II BMW Półmaraton Praski - Krakus w stolicy

II BMW Półmaraton Praski jest moim kolejnym półmaratonem do kolekcji. Pomimo problemów zdrowotnym zdecydowałem się na wzięcie w nim udziału. Bieg był także pretekstem aby ruszyć swoje cztery litery i spróbować odkryć Warszawę na nowo. Jak przebiegała wizyta rodowitego Krakusa w Warszawie i jak oceniam samą organizację biegu? O tym poniżej.




Dzień I - sobota

Pobudka o godzinie 5:00 - ogarnięcie się, wrzucenie lekkiego śniadania do żołądka, a o 7:00 wyjazd Polskim Busem do Warszawy. W trakcie jazdy nasłuchałem się jak nigdy mega ludzkiej głupoty. Przysłuchiwałem się rozmowie młodych ludzi na temat ich uzębienia. "Byłem u dentysty, wyrywali mi zęba, znieczulenie przestało działać, ale przeżyłem!". Zgrywanie kozaka i twardziela przed koleżankami to jest to! Normalnie szok! Brawo dla tego Pana! Kolejny przystanek, a na nim wsiadło chyba dwóch kiboli jednej z warszawskich drużyn. Opowiadali o swoich, znajomych perypetiach w więzieniu, jak to ludzi kroili w biały dzień, wbili komuś nóż w brzuch i takie tam. O tym jak lubią jarać zioło i popijać piwko. Ogólnie co drugie słowo to było "k**wa". Wszyscy, których przytoczyłem pochodzili z Warszawy... Uff... po pięciu godzinach w końcu wysiadłem z polskiego busa i udałem się do biura zawodów.

Biuro zawodów szybko i sprawnie wydawało pakiety. Pakiet standardowy. Koszulka + woda + batonik + gąbka + jakieś ulotki.

II BMW Półmaraton Praski - odbiór pakietu
Po odbiorze pakietów udałem się do miejsca noclegowego na jakimś zadupiu i zostawiłem tam moją super ciężką torbę. Udałem się na małe zwiedzanie Warszawy i obserwację ludzi maszerujących ulicami, siedzących w kawiarniach, restauracjach, jeżdżących metrem itp. itd. Dochodzę do wniosku, że Warszawa nie jest dla mnie. Wszyscy się spieszą, na twarzach mają przygnębienie, znudzenie życiem, radości na twarzach nie zauważyłem. Czy w stolicy można coś zwiedzić? Dobre pytanie... według mnie nic tam takiego nie ma. Za to stolica może poszczycić się mega dużą ilością przejść podziemnych. Chce przejść na drugą stronę ulicy i co? Przejście podziemne. Chce iść na przystanek? Przejście podziemne. Jak nie ma przejścia podziemnego to są światła, na których czeka się milion sekund. Szybkie foto pod pałacem kultury i powrót do noclegu.

Pałac kultury - robi wrażenie

Dzień II - niedziela

Pobudka z samego rana i szybkim krokiem udałem się na start biegu. Obsługa depozytów przebiegała sprawnie. Toalet było pod dostatkiem, co za tym idzie nie czekało się w mega dłuuugiej kolejce. Zostało 10 minut do startu i  pomimo dobrego oznakowania całej strefy miasteczka biegowego musiałem trochę pobłądzić. W lekkim stresie tuż przed wystrzałem dotarłem do swojej strefy startowej. Rozglądam się w około i kogo widzę? Naszą wspaniałą polską biegaczkę Iwonę Lewandowską! Powiedzmy niewiele brakowało, a mógłbym poszczycić się lepszym czasem niż ona!



START!
Ze względu na moje małe problemy zdrowotne nie nastawiałem się na wynik. Nastawiałem się tylko i wyłącznie na to, aby dotrzeć do mety w jednym kawałku. Każdy kilometr dłużył mi się niemiłosiernie. Z trasy chciałem zejść już w okolicach 7-8 km! Jakoś zebrałem myśli, spiąłem pośladki i powolutku przebierałem nogami. Szczęśliwie dotarłem do mety. Bieg wykończył mnie zarówno psychicznie i fizycznie. Po biegu dosyć długo dochodziłem do siebie. Czas na mecie powyżej 2 godzin.



Podsumowując organizację imprezy II BMW Półmaratonu Praskiego -/+:

Na minus:
  • wodopoje (nikt nie zadbał oto aby posprzątać syf, którzy narobili biegacze rzucając kubeczki pod nogi, zamiast biec po asfalcie biegło się po kubeczkach);
  • trasa (mega nudna);

Na plus:
  • sprawne biuro zawodów;
  • koszulka (dziwna, ale fajna);
  • trasa (dobra do życiówek);
  • strefa mety (Park Skaryszewski - w sam raz na odpoczynek po męczącym biegu);
  • standardowy medal.

W sumie nie ma do czego się przyczepić, jednakże jeśli chodzi o organizację szału nie było. Bieg nie wyróżnia się na tle innych organizowanych imprez. Czy wybiorę się tam za rok? Zobaczymy.

Po biegu
Po biegu spotkała mnie dosyć dziwna sytuacja, przytoczę to co napisałem na facebooku: "Siedzę sobie w KFC w Warszawie. Niepełnosprawna, częściowo sparaliżowana osoba na wózku podjeżdża do mnie i pyta się "czy mógłby Pan posolić mi frytki?", a ja oczywiście posoliłem, a Pani podziękowała. Ludzie patrzyli na mnie jak na człowieka z kosmosu... Warszawa niby taka cywilizowana, a jednak mentalnie zacofana.".

Chyba jednak coś w tym musi być, że Krakus do Warszawiaka nie pasuje :-)

środa, 5 sierpnia 2015

XXII Memoriałowy Bieg Majora Bacy - relacja

Udział w tym biegu planowałem od dawna. Miał to być sprawdzian mojej aktualnej formy, a wyszedł bieg treningowy w drugim zakresie. Czasowo wyszło mizernie, za to psychicznie podbudowało mnie.

2 sierpnia br. w Bochni k/Krakowa odbył się się XXII Memoriałowy Bieg Majora Bacy. Impreza jak co roku przyciąga na start dobrych zawodników z Kenii lub Ukrainy. W porównaniu do innych biegów nawet walka w kategoriach wiekowych stoi na bardzo wysokim poziomie. Niby bieg kameralny, ale swoją magią przyciąga amatorów jak i zawodowych biegaczy.

Na bieg wyruszyłem z Krakowa. Zaraz po wejściu do busa "niespodzianka"! Wszedłem do środka patrzę i kogo widzę? Czarnoskórych biegaczy! Podróżowałem z Kenijczykami. Słowa nie zamieniłem, ale wiedziałem jedno... oni jadą aby wygrać. Po przyjeździe na miejsce poszedłem szybciutko odebrać pakiet startowy (koszulka bawełniana + bon na posiłek, cena: 30 zł), a następnie przebrałem się, zacząłem rozgrzewkę i rozmyślałem jak rozegrać bieg...

Godzina 16:00. START! 
Ruszyłem z luzem w nogach. Moje tempo do 6 km oscylowało w granicach 4:55 - 5:05/km. Wiedziałem, że albo wytrzymam albo nagle zabraknie mi sił w nogach. Niestety stało się to drugie.  Po płaskim biegło mi się znakomicie - równy rytm i spokojny oddech - wszystko zgodnie z założeniami. Jednakże małe podbiegi wykończyły moje nogi; były moim koszmarem! Tutaj wychodzi moje zaniedbanie treningowe, czyli brak w planie podbiegów, które dają moc i siłę. 7-8 km był dla mnie mordęgą, ból, piekące nogi, spadające tempo, niechęć do biegu spowodowały zero przyjemności z pokonywanych kilometrów. 9-10 km. Powrócił luz w nogach. Automatycznie zwiększyłem tempo i jakoś dobiegłem do mety. Zameldowałem się z wynikiem: 51:31.

Meta: 51:31
Co mnie poirytowało? Mijając jeden z wodopojów doświadczyłem, że biegacze są jednak nieogarnięci i nieodpowiedzialni. Biorą kubeczek z wodą i co? Rzucają innym pod nogi lub biorą kubeczek i zabiegają innym drogę nie zwracając uwagi na innych. Ludzie... może w końcu ogarniecie jakąś etykietę biegową? Tak aby wszystkim biegało się lepiej. Trasa miała formę tam i z powrotem (2 pętle). Droga podzielona na pół i tutaj wyszło kolejne nieogarnięcie niektórych uczestników... Mianowicie sprawą, która wołała o pomstę do nieba było zbieganie niektórych zawodników na czołowe zderzenie z wracającymi biegaczami. Czy takie zachowania są bezpieczne? Na pewno nie!

Ogólnie z XXII Memoriałowego Biegu Majora Bacy jestem zadowolony. Organizacja jak zawsze na wysokim poziomie. Z wielką chęcią wrócę tam za rok. Mogę być także zadowolony z jednej rzeczy. Nie siadłem psychicznie. 7-8 km był dla mnie sprawdzianem charakteru w trudnych chwilach. Na szczęście nie poddałem się. Wygranie biegu w głowie jest dla mnie ważniejsze niż osiągnięty wynik na mecie. Na dobre rezultaty przyjdzie jeszcze czas.

Standardowe pamiątki z biegu
Podczas tego biegu pokonałem 2000 km w oficjalnych zawodach! O tym wspomnę w innym wpisie.

piątek, 24 lipca 2015

Jak dotrzeć do mety i się nie poddać

Dla mnie dosyć ciężki temat. Nie da się poruszyć się go bez słowa motywacja. Jak zmotywować się do szybkiego biegu? Nie odpuścić, nie poddać się gdy meta jest już tak blisko? Zostać zwycięzcą, a nie przegranym?

Pewnie wiele razy braliście udział w zawodach biegowych i każdy bieg nauczył Was czegoś nowego. Jednym razem przebiegliście zgodnie z planem, zaś na innym zaczęliście za szybko co skutkowało ogromnym spadkiem tempa, a na mecie doskwierało ogromne zmęczenie i zażenowanie. Na pewno drugiego przypadku należy unikać. Jak to zrobić? Oczywiście poprzez odpowiednie myślenie. Ciężko pisać ogólnie, więc podam przykład jak sam sobie radzę w tej materii.

Dla mnie przełomowym momentem był Krakowski Półmaraton Marzanny w 2013 roku. Aktualna życiówka wynosiła w okolicach 1:53. Bieg ruszył. Moje początkowe tempo było w granicach 5:00/km, w zależności od ukształtowania terenu raz szybciej raz wolniej. Starałem się aby skoki tętna nie były zbyt duże. Nadchodzi 5 km W głowie pojawia się myśl kurcze za szybko wytrzymam/nie wytrzymam. Skreśliłem słowo nie wytrzymam i pobiegłem dalej. Mijają kolejny kilometry, małe podbiegi - to zwalniam, zbiegi - puszczam nogi i lecę na luzie. 10 km. Nogi wchodzą między pośladki, ból w nogach niesamowity, czuje, że prawie łapią mnie skurcze. W tym momencie część mojego mózgu uruchamia mechanizm obronny dla ciała zwolnij po padniesz i skończysz jak zawsze. Inna część mojego mózgu weź nie słuchaj, zapierdalaj wytrzymasz, nie po to męczyłeś się całą zimę na treningach aby teraz odpuścić. Było ciężko wybrałem drugą opcję i teraz wiem, że to był jeden z najlepszych moich wyborów w życiu. Końcówka biegu to była pętla wokół krakowskich błoń. Przebiegało się tuż obok mety, a tutaj jeszcze 4 km. Na tym odcinku zmotywował mnie tata, biegliśmy równo, krok w krok. 2 km do mety. Ktoś zabiegł mi drogę. Tata odskoczył. Nie miałem siły już gonić. Stwierdziłem 300 m do mety... mocny finisz! Tata był parę sekund przede mną, ale mój nowy rekord życiowy był już na poziomie 1:47, czyli poprawa aż o 6 min! Wtedy nauczyłem jak zostać dobrym negocjatorem pomiędzy mózgiem, a ciałem. Złapałem balans i wiem ile mogę wycisnąć z mojego organizmu.

X Krakowski Półmaraton Marzanny - suniemy równo
Kolejnym przykładem jest Krakowski Półmaraton Marzanny z roku 2014. Znowu ciężko przepracowana zima, odpowiednie treningi, dużo wyrzeczeń i długo wyczekiwany start na wiosnę. Cel był jeden. Poprawić rekord życiowy. Schemat rozegrania biegu był identyczny. Na płaskim szybciej, pod górkę wolniej, z górki luźno i jeszcze szybciej. Momenty kryzysowe przychodziły dokładnie w tych samych miejscach co podczas poprzedniej edycji. Jak sobie z nimi poradziłem? Przyświecała mi tylko pewność siebie, wiara w swój zimowy trening, regularność i poczucie, że jestem mocny! 8 km. Nogi znowu wchodzą między pośladki, ale cóż... myśl tylko jedna skoro wytrzymałem kiedyś to teraz też wytrzymam! Wcisnąłem czerwony guzik dla mózgu i o niczym nie myślałem po prostu ruszyłem przed siebie! Wynik na mecie ucieszył. 1:44:05. Życiówka zrobiona i oto chodzi!


Ostatnim przykładem walki z samym sobą jakim chciałem przytoczyć jest bieg podczas Cracovia Maraton 2015. Ten maraton był dla mnie częścią treningu przygotowującą mnie do dystansu ultramaratońskiego, dlatego nie nastawiałem się na bicie rekordu, a na spokojnie przetruchtanie trasy. Byłem jeszcze w tzw. fazie treningu i od 1 km czułem ból w nogach. Ruszyłem tempem 5:30/km. Długo trzymałem równe tempo. Myśl była tylko jedna. Dobiec do 10 km, wziąć Coca-Colę od osoby, która specjalnie przyszła dopingować mnie (dziękuję Ewelina :) - serio to było zbawienne) i ruszać z kopyta przed siebie. Wraz z upływem kilometrów ból był coraz większy. 30 km. Kolejna dostawa Coca-Coli i już samotnie sam ze sobą bez wsparcia do mety! Na 37 km odlatywałem. Zaczęło brakować sił. Nudny fragment trasy, zero kibiców, wzmagający się wiatr. Myśl przejdź do marszu już wiele razy tak robiłeś to tym razem też możesz rozrywała mi serce od środka. To, że serce mam mocne pozbyłem się tego i w głowie kłębiło się tylko jedno już tyle razy przechodziłeś do marszu, nie bądź frajer, nie zmarnuj tego, idzie Ci najlepiej ze wszystkich startów wykorzystaj tę moc! Na mecie czekają osoby, które przyszły specjalnie dla Ciebie, nie można dać plamy. Wskoczyłem na metę z nieplanowanym rekordem życiowym 3:53! Wiedziałem... jedno... wynik na pewno do poprawienia! Czułem moc i chęć pobijania kolejnych życiówek! Myśli o poddaniu się odłożyłem w zapomnienie.

Moja walka podczas XIV Cracovia Maraton
Wszystkie moje poczynania były podparte solidnym treningiem. Samym myśleniem człowiek biegu nie wygra. Warto być przekonanym o swoich umiejętnościach, ale nie porywać się z motyką na słońce, mieć wsparcie w bliskich. Połączenie tych wszystkich elementów sprawia, że bieganie na granice możliwości i pobijanie rekordów życiowych jest samą przyjemnością. Zadowolenie z nich utrzymuje się dosyć długo, a później człowiek chce więcej i więcej. Pragnie zwycięstw, nie porażek. Zwycięstwa z samym sobą cieszą najbardziej. Jak prawdziwy narkoman...

A na koniec...

The winner is...

Walcz do końca, a będziesz zwycięzcą!

sobota, 18 lipca 2015

Wiedza biegowa. Co? Gdzie? Skąd?

Wkraczając w biegowy świat często nie mamy pojęcia jak za to się zabrać. Przeglądamy Internet, pytamy bardziej lub mniej doświadczonych znajomych, czerpiemy wiedzę z własnych obserwacji. Czy to wszystko sprawi, że staniemy się mądrzejsi, a nasza wiedza zostanie uporządkowana? Skąd możemy czerpać mądrości świata biegowego?

Najpopularniejszym środkiem przekazu wiedzy jest Internet. Jego główną zaletą jest to, że mamy do niego dostęp praktycznie wszędzie. Wpisujemy hasło i wyskakuje nam kilkadziesiąt stron, z których możemy skorzystać bądź nie. Własnie i tutaj pojawia się jego wada. Wyskakuje nam tyle stron i do końca nie wiemy, gdzie mogą pisać prawdę, a gdzie nie. Dosyć często informacje podawane są w sposób chaotyczny przez co czyta nam się źle i szybko z tego rezygnujemy.


Tutaj mogę polecić stronę bieganie.pl. Znajdziecie na niej pełno artykułów na temat biegania ćwiczeń, trenerów, zawodów. Po prostu wszystko czego będziecie potrzebować.

Kolejnym źródłem czerpania wiedzy może być książka. Wiedza w książkach na pewno jest przemyślana i uporządkowana. Problem pojawia się w momencie zakupu. Podchodzimy do półki z literaturą biegową, patrzymy i mówimy "kurde aż tyle tego jest?". Zastanawiamy się co będzie dla nas najlepsze. Jeżeli chcemy nabyć jakąś pomocną wiedzę to wybierzemy fachową literaturę z cyklu jak trenować (np. Jerzy Skarżyński "Biegiem przez życie", "Maraton"; Jack Daniels "Bieganie metodą Danielsa"; Pete Pfitzinger, Scott Douglas "Pobij swój rekord"), a jeśli chcemy poczytać coś dla relaksu to wybierzemy np. Scotta Jurka "Jedz i biegaj" lub/i Mo Farah "Siła ambicji".


Według mnie najlepszym źródłem czerpania wiedzy są znajomi. Czerpanie wiedzy poprzez doświadczenia innych i swoje daje nam coś czego najbardziej potrzebujemy. Najlepszym układem jest gdy naszym znajomym jest trener, który posiada wiedzę, doświadczenie, a także jest czynnym zawodnikiem osiągającym znakomite wyniki. Człowiek daje nam wsparcie, motywację i dobre rady.

Chcesz być mądrzejszy? Zdobywaj wiedzę z każdego źródła, ucz się na cudzych błędach nigdy na swoich. Wykorzystuj wszystko co możesz podczas treningów, a zostaniesz MISTRZEM!

poniedziałek, 13 lipca 2015

Biegamy i oszukujemy

Praktycznie przez cały rok mamy duży wybór zawodów biegowych w całej Polsce i tym samym o każdej porze roku możemy zapisać się, wziąć udział i sprawdzić się na danym dystansie. Jednakże nasz wymarzony wynik połączony z miejscem na podium może zostać przyćmiony przez biegaczy-oszustów.

Nie ma co ukrywać oszustów możemy spotkać na każdym kroku, w różnym wieku i w różnej grupie społecznej. Niestety w grupie biegowej (niektórzy nawet mówią o wielkiej rodzinie biegaczy) także spotkamy czarne owce, które swoimi poczynaniami przyćmiewają wyniki innych i także rzucają zły obraz na daną imprezę.

Mamy różne rodzaje kantowania:

1. Skracanie dystansu. Dosyć pospolite na trasach z agrafkami i bez pomiaru czasu na nich. Ciężko do wykrycia na leśnych drogach. Wszak człowiek zawsze może schować się w krzakach i zamaskować się w otaczającej go przyrodzie.

Skok przez taśmę?
2. Zamiana  numerami. Parę lat temu sam byłem świadkiem jak to mąż z żoną wymienił się numerami startowymi i jego kobieta stanęła na podium. Na szczęście organizator wychwycił to i jak szybko weszła na pudło tak szybko z niego zleciała. W zamianę numerami wchodzi także oddanie numerka innej osobie i biegnięcie pod czyimś nazwiskiem. Nie każdy regulamin dopuszcza scedowanie opłaty na innego zawodnika. Wielkiej szkody w tym nie ma, jeżeli nie stanie się jakiś wypadek lub ktoś nie odbierze niezasłużonej nagrody.

809 czy 608?
3. Brat bliźniak. Tak! Tak! Tak! … kiedyś wyczytałem, że do takiej sytuacji też dochodziło. Jeden biegnie połowę dystansu, nagle pojawia się drugi zgarnia numer i biegnie drugą część. Tym sposobem robi się sztafeta a nie bieg indywidualny.

Mam klona!
4. Doping. Jeżdżą po Polsce i zgarniają wszystko co się da. O kim mowa? O Kenijczykach i Ukraińcach. Z dnia na dzień w wielkim upale, ciężkich warunkach potrafią wykręcić takie czasy, że inni nawet zawodowi biegacza mogą o tym pomarzyć. Mówią, że jeśli nikogo za rękę się nie złapie/nie przebada nie można mieć oto pretensji. Zgoda. Zastanawiający jest fakt, dlaczego na Igrzyskach Olimpijskich albo Mistrzostwach Świata w lekkiej atletyce Ukraińcy nic nie znaczą? Może za bardzo świecą w ciemnościach?

Jedyny dozwolony doping podczas zawodów
5. Organizator też kręci. Nie będę wspominał na którym było to biegu, ale na 2 dni przed imprezą organizator „rzucił” samochodem do losowania – konkursu. Dziwne pytanie, dziwna odpowiedź. Na 1500 osób, 3 persony odpowiedziały poprawnie. Następnie wybrana trójka miała odpowiadać na pytania. Dwóch osób nie było, więc trzecia osoba zgarnęła samochód. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nagrodę zgarnął mężczyzna z drużyny od jednego sponsorów. Czy to było uczciwe? Hm… sami oceńcie. Fakt był jeden. Pod sceną było buczenie i dużo słów, okrzyków niezadowolenia, a organizatorowi plątał się język.

No to kręcimy
6. Zapisywanie się do nie swojej kategorii wiekowej. Niestety nie każdy wolontariusz dokładnie sprawdza dane na dokumencie, rzuca okiem i tyle. Przez co np. 25 latek może znaleźć się na podium w kategorii 70 latków.

Tacy podobni, że można pomylić się :-)
7. Bieganie bez numerka. Nikt nie przekona mnie do tego, że bieganie bez numerka jest odpowiednie, bo nikt nikomu krzywdy nie robi. Nikt nikogo nie okrada. Nikt nie robi dodatkowo tłumu. Ludzie tłumaczą się słowami „bo biegi są zbyt drogie”. Mhm, nie trzeba we wszystkim startować. Poza tym wystarczy wejść na maratony polskie.pl i bez problemu znajdzie się darmowy bieg w okolicy albo przyjść w sobotę rano o g. 9:00 na park run! Bieg jest darmowy i można pościgać się!  Dodatkowo zmierzą czas i jest super zabawa!

Pamiętaj!
Jak mamy reagować w wyżej wymienionych sytuacjach? Myślę, że w ogóle trzeba zacząć reagować! Zwrócić uwagę, napiętnować w sposób dosadny, zgłosić organizatorowi w celu dyskwalifikacji. Możliwości jest wiele, ale to wszystko zależy od tego co sami zrobimy. Na pewno nie można być obojętnym wobec oszukiwania. Opisane wcześniej sposoby kantowania mogą wyrządzić krzywdę uczciwym ludziom i pozbawić wymarzonego miejsca na podium i cennej nagrody.

Po co ludzie oszukują?

sobota, 4 lipca 2015

III Bieg Śladem Jury

Formuła biegu koleżeńskiego zawsze jest dla mnie zachęcająca. Pomimo braku formy zdecydowałem się wystartować w tej wyjątkowej imprezie zaczynającej cykl "Cztery Pory Roku z Dystansem" i wiem jedno... na pewno tego nie żałuję. Jak mi poszło? To już inna sprawa...

III Bieg Śladem Jury był rozgrywany na dystansie 10 km (4 pętle po 2,5 km). Trasa dosyć nierówna, pełno kamieni, dziur, gruzu i nie wiadomo czego, a do tego wszystkiego palące słońce i zero cienia.


Wydawało mi się, że zacząłem swój bieg dosyć spokojnym tempem pokonując pierwszy kilometr w 5:15. Właśnie... wydawało mi się.. Kolejne kilometry pokonywałem już o wiele wolniej. Modliłem się, żeby spokojnie dobiec do 5 km, gdyż potem w głowie ubywa dystansu. Dobiegłem ledwo żywy, drugie 5 km człapałem; z pewnością nie można było tego nazwać biegiem. Po prostu zły dzień, zła pogoda, lipna forma zrobiło swoje i pod koniec prawie odleciałem, a wynik 59:29 po prostu jest żenujący. W biegu wystartowałem razem z tatą, któremu poszło o niebo lepiej :-)

III Bieg Śladem Jury - medal wymęczony jak żaden inny
III Bieg Śladem Jury był pierwszym biegiem całego cyklu. Zatem pozostało cztery. Mam nadzieję, że wróci moc w nogach i pokażę na co mnie stać!

PS. Jak niewiele trzeba aby zorganizować świetny bieg!

piątek, 3 lipca 2015

„Cztery Pory Roku z Dystansem” – czyli cykl biegów koleżeńskich

Już jutro - 4 lipca rusza znakomita alternatywa dla biegów masowych! Cykl biegów pod nazwą "Cztery Pory Roku z Dystansem". Cały cykl będzie składał się z pięciu biegów (4x10km + 2,2 km biegu tyłem!?!?!?! = dystans maratonu). Poszczególne biegi odbywać się będą o różnych porach roku i w różnych miejscach Krakowa. Organizator zachęca już samą formułą biegu jest to bieg koleżeński, czyli można rzec organizowany przez biegaczy dla biegaczy. Na pewno do wzięcia udziału zachęcają także medale, które składają się w jedną wielką całość. Bonusowo za ukończenie całego cyklu otrzymuje się statuetkę!

Medale z cyklu "Cztery Pory Roku z Dystansem"

Jutro pierwszy bieg... "III Bieg Śladami Jury". Mam nadzieję do zobaczenia na starcie!
Naprawdę warto!


Bieg organizowany jest przez Krakowski Klub Biegacza Dystans. Bieżące informacje na temat imprezy znajdziecie na facebooku i na ich stronie internetowej :-)

sobota, 13 czerwca 2015

Rekordy na treningach

Czy możliwe jest pobijanie rekordów na treningach? Co nam to daje? Czy na pewno rekord treningowy jest rekordem i możemy brać go oficjalnie pod uwagę? Zobaczmy...

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest oczywista: TAK! Taka sytuacja zdarza się tylko osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z bieganie/trenowaniem. Wstając z kanapy wraz ze swoimi naturalnymi ciężarami zrobiliśmy pierwszy krok, aby pozbyć się tego zbędnego balastu. Już po paru treningach można zauważyć sporą różnicę, niższe tętno, mniej tłuszczu itd.; co za tym idzie momentalne poprawa swoich wyników. Wydawać się może, że z treningu na trening pobijamy rekord. Czy jednak na pewno tak jest?

U amatorów biegania, którzy mają za sobą jakiś staż biegowy sprawa wygląda trochę inaczej. Czasem pojawi się rekord na treningu, czasem nie. Wyżej wymienieni biegacze z  reguły mają lepszy/gorszy plan treningowy, który rozpisany jest pod konkretne zawody. Co za tym idzie? To właśnie na tych zawodach ma zostać pobity rekord, a nie podczas treningów.

U wyczynowych sportowców takie zjawisko na pewno nie występuje!

Jak mierzymy „rekordy” podczas treningu i zawodów?Mimo, że zegarki z GPSem są coraz popularniejsze, to jednak większość ludzi biega z Endomondo w telefonie. Jedno i drugie jest oparte o technologii GPS. Nie będę tutaj uświadamiał ludzi jak działa GPS i dlaczego nie można porównywać wyników z Endomondo do oficjalnych wyników na zawodach, bo to po prostu wydaje się śmiesznie. Czasem trafia mnie szlaq, gdy czytam wpisy „Endomondo zmierzyło mi 5,2 km z czasem 25 min! Przecież mam rekord! Są błędy w wynikach i od razu robią awanturę organizatorowi. Proponuję trochę się ogarnąć i wrócić do szkoły, albo przynajmniej zacząć używać mózgu! To tutaj uświadamiam -> jeżeli trasa nie ma atestu to i oficjalnego rekordu życiowego nie ma. Nie zależnie od tego czy zaznaczyło nam dobrze trasę czy też nie. Dlaczego? Bo takie mamy przepisy! :D

Słuchawki i telefon z Endomondo - zabójcze połączenie!
Takie to jest Endomondo w telefonie


Ewentualne pobicie „rekordu” na treningu utwierdza nas w przekonaniu, że na zawodach będzie jeszcze lepiej. Rośniemy w siłę, a nasza psychika staje się niezniszczalna.


PS. Stadion lekkoatletyczny ma 400 m żaden GPS tego nie zmieni J


wtorek, 26 maja 2015

Próba pobicia rekordu na farcie, czyli lepiej się przygotować i wystartować niż liczyć na cud, czyli 1 Lisiecki Półmaraton

1 Lisiecki Półmaraton to kolejny kameralny bieg na krakowskiej mapie biegowej. Kameralne biegi mają to do siebie, że nie startuje sporo ludzi, a atmosfera jest bardziej przyjazna niż na masówkach, mam także takie wrażenie, że organizatorzy bardziej przykładają się do swoich obowiązków. Jak było tym razem?

Wyżej wymieniona impreza została  zorganizowana przez runonline.pl przy współpracy z lokalnymi władzami z Liszek i Czernichowa. Odbiór pakietu trwał może jakieś 30 sekund. Wszystko było przygotowane jak należy. Inni mogą brać przykład. Pakiet startowy zawierał dosyć ładną koszulkę + spersonalizowany medal. (oczywiście pod warunkiem ukończenia biegu).




Udział w biegu od samego początku chciałem potraktować jako solidny trening w ramach wycieczki biegowej. Po wystrzale startera ruszyłem na sporym luzie. Patrzę na zegarek i tempo 1 km wynosi 4:20. Szybko! Postanawiam  trzymać to! 2 km był z górki i przywaliłem go stanowczo za mocno, bo 3:50! W głowie pojawiły się myśli „kurde biegnę na życiówkę, nie przygotowywałem się, a zasuwam ile sił, czy wytrzymam, kiedy zetnie mnie”. Dobiegłem do półmetka z czasem 50:30; utrzymanie takiego tempa pozwoliłoby uzyskać rekord na poziomie 1:41, czyli  poprawa aż 3 minuty! Jednakże wzmagający się wiatr, druga część dystansu pagórkowata pogrzebały moje marzenia o "przypadkowym" rekordzie. Na metę dobiegłem z wynikiem 1:47:30. Jestem w sumie zadowolony, ostatni podbieg to była prawdziwa próba charakteru, którą wg mnie zdałem na 5!



Posiłek regeneracyjny też był niecodzienny - pierogi z pseudo truskawkami i słodką śmietaną. Mam wrażenie, że były to pierogi z jogurtem truskawkowym. W sumie oryginalne nadzienie, miałem tylko cichą nadzieję, że nie chwyci mnie po tym jakaś sraczka. Popiłem to wszystko piwkiem i ruszyłem do domu na odpoczynek.

Bieg wymęczył mnie bardziej niż niejeden maraton.

Dla organizatorów należą się wielkie brawa! Oby tak dalej!