piątek, 31 marca 2017

12. PZU Półmaraton Warszawski


Mój udział w 12. PZU Półmaratonie Warszawskim był spontaniczny. Wygrany pakiet w konkursie, nerwowe szukanie noclegu i zakup biletu na transport zaowocowały tym, że stanąłem na linii startu jednej z największych i najlepszych imprez biegowych w Polsce.

Po nieudanym Półmaratonie Marzanny byłem trochę przybity. Jednakże na spokojnie przeanalizowałem swój bieg, szybko wyciągnąłem wnioski i znowu mój stan ducha był gotowy do treningów i walki.

Wieczorową porą dostałem wiadomość od Eweliny, że Liga Biegowa organizuje konkurs, gdzie do wygrania był pakiet na 12. PZU Półmaraton Warszawski. Odpowiedziałem na pytanie konkursowe i czekałem na wynik. Miłe zaskoczenie, gdy okazało się, że wygrałem! Długo nie zastanawiałem się tylko wypełniłem formularz zgłoszeniowy i szykowałem się na największą imprezę biegową w Polsce! Niektórzy mogą powiedzieć, że dwa półmaratony na najwyższych obrotach to za dużo... Do diabła z nimi! Wiedziałem co robię, po prostu potrzebowałem się odegrać i naprawić swoje wcześniej popełnione błędy.


Po ogłoszeniu mojej wygranej w konkursie przystąpiłem do nerwowego szukania noclegu. Na szczęście znalezienie noclegu blisko startu (o dziwo) zajęło mi bardzo mało czasu. Do Warszawy przyjechałem dzień wcześniej. Na spokojnie odebrałem pakiet, zjadłem pizze, wypiłem piwko i poszedłem spać. Pomimo zmiany czasu, a tym samym mega wczesnej pobudki czułem się wyspany i pełny energii.

Przed startem wspólnie z klubem zebraliśmy się na małych pogaduchach i zdjęciu. Życzyliśmy sobie powodzenia i każdy w skupieniu ruszył w swoją stronę na rozgrzewkę. Moja rozgrzewka polegała na przebiegnięciu kilkunastu minut w żółwim tempie, a następnie kilku ćwiczeń imitujących rozciąganie. Później zostało tylko ustawić się na linii startu...


Tuż przed wystrzałem startera zwyczajowo został odegrany Sen o Warszawie. BOOM! Ruszyłem! Zacząłem spokojnie tuż za pacemakerami na 1:35, biegłem na dobre samopoczucie. Mijały kilometry, a ja nadal czułem się świetnie! 5 km przekroczyłem w podobnym czasie jak tydzień wcześniej z taką różnicą, że ... czułem moc w nogach! 10 km. Biegnę, biegnę i biegnę... nie mam problemu z utrzymaniem tempa. Podobnie się czuję do 15 km. Już teraz wiem, że będzie dobrze. 18-19 km. Ten sam podbieg, który był moją zmorą podczas maratonu. Szybko go pochłonąłem! 20 km. Jestem w domu. Ból mięśni i zmęczenie robi swoje. META! Wpadam ledwo żywy, ale szczęśliwy. Udało się! Cały bieg rozegrałem tak jak chciałem. Uzyskany wynik 1:32:24 dał mi moc na przyszłość. Teraz czeka na mnie tylko królewski dystans i spełnienie kolejnego marzenia!


Nawet jakbym chciał to nie mogę zaprzeczyć. Nie lubię miasta Warszawy, ale imprezy biegowe mają na najwyższym poziomie. Już nie mogę się doczekać kolejnej edycji! Do zobaczenia!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz