piątek, 5 maja 2017

16. PZU Cracovia Maraton - z rekordem w tle


Po nieudanym starcie podczas poprzedniej edycji miałem pewne obawy, jednakże do 16. PZU Cracovia Maraton podszedłem z optymizmem i wiarą w swoje możliwości. Cel na te zawody był prosty - poprawić swój rekord życiowy.

Do tego startu przygotowywałem się sumiennie jak do żadnego innego. Po mini problemach zdrowotnych na początku roku zacząłem solidne wdrażać trening do maratonu. Usiadłem na spokojnie, przemyślałem dotychczasowe przygotowanie, co było dobre, a co złe, dokonałem modyfikacji (wyciągnąłem wnioski) i w głowie pojawiła się droga do celu. Wiadomo nie wszystko co się postanowi da się w pełni zrealizować.

Pierwszym sprawdzianem mojej formy była „dyszka” podczas 3. Myślenickiego Biegu Ulicznego. Uzyskany wynik (40:35) był moim drugim wynikiem na tym dystansie. To potwierdziło tylko, że wszystko idzie jak należy.


Drugim sprawdzianem był XIV Półmaraton Marzanny; niestety tutaj nie poszło mi najlepiej dlatego nie ma co sobie tego przypominać. Już tydzień później zdołałem poprawić się na 12. PZU Półmaratonie Warszawskim. Tamtejszy wynik na poziomie 1:32 ponownie utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem mocny.

To jak trenowałem pozostanie moją słodką tajemnicą. Mogę tylko powiedzieć, że wspólne treningi, z moim tatą i Mateuszem do tego wspólna motywacja zrobiły swoje.

Co do samego biegu maratońskiego…

Każdy wie, że trasa krakowskiego maratonu nie jest najszybsza. Dwie pętle, które nie każdemu pasują (mi tam akurat pasowały), zwykle wątpliwa pogoda i mini podbiegi na trasie sprawiają, że ten maraton potrafi sponiewierać jak żadne inne. Cracovia Maraton odbywa się pod hasłem „z historią w tle”, gdyż trasa przebiega przez najpiękniejsze miejsca w Krakowie.


Stawiłem się na starcie odpowiednio wcześnie, przebrany i gotowy do walki. W tym momencie pogoda postanowiła spłatać figla i „trochę” się rozpadało. Wystrzał startera i ponad 5500 biegaczy ruszyło w tym ja! Moje nogi nie były lekkie jak podczas niektórych treningów. Pomimo tego biegłem tak jak sobie postanowiłem. Do 10 km biegło się jak z nut. Oddech spokojny, uśmiech na twarzy - tak pokonywałem kilometr za kilometrem. Pierwsze większe oznaki zmęczenia pojawiły się na 25 kilometrze. Nic sobie z tego nie robiłem! W końcu to maraton! Trzeba się zmęczyć! Nie myślałem zbytnio o niczym, po prostu pochłaniałem kolejne kaemy. Byłem skupiony jedynie na swoim celu. Przeżyłem tylko jedną chwilę grozy. Przy chorągiewce z liczbą 40 postawiłem źle nogę i złapał mnie skurcz... na szczęście szybko odpuścił i z przyjemnością pognałem ostatni odcinek trasy.


Na mecie wpadłem z rękami w górze z wynikiem 3:27:10, czyli z moim nowym rekordem życiowym! Bez dopingu znajomych na trasie na pewno byłoby ciężko. Dlatego wszystkim dziękuję nawet za najmniejszy okrzyk.


Pomimo, że druga pętla była wolniejsza to i tak bieg uznaję za udany! Teraz regeneracja i wybieranie kolejnych celów!

Ściana to ściema! Ściana to mit!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz